Reklama

Kierowca autobusu PKM Katowice do ojca 19-latki: „Przepraszam, żałuję i chciałbym cofnąć czas”. Rozpoczął się proces Łukasza T., który na ul. Mickiewicza przejechał młodą kobietę

Grzegorz Żądło
Przed Sądem Okręgowym w Katowicach rozpoczął się dzisiaj proces Łukasza T. Kierowca PKM Katowice oskarżony jest o zabójstwo 19-letniej Barbary ze Świętochłowic, usiłowanie zabójstwa trzech innych osób i prowadzenie autobusu w stanie jak po spożyciu alkoholu. Oskarżony nie przyznał się do winy. Przekonuje, że nie wiedział, że ktoś wpadł mu pod autobus. Kilka razy przeprosił rodzinę zmarłej i zadeklarował zadośćuczynienie finansowe.

To będzie bardzo ciekawy proces. Sąd będzie musiał rozstrzygnąć, czy Łukasz T. świadomie wjechał w grupę ludzi, w wyniku czego zabił 19-letnią Barbarę Sz. Prokuratura Okręgowa nie ma wątpliwości, że T. powinien odpowiadać za zabójstwo. To jednak nie wszystko. Akt oskarżenia jest znacznie bardziej obszerny. Śledczy zarzucają kierowcy nie tylko zabójstwo 19-latki. Akt oskarżenia odczytał Rafał Nagrodzki z Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

„Oskarżam Łukasza T., że 31 lipca 2021 roku o godz. 05:45 w Katowicach na jezdni ul. Mickiewicza znajdując się pod wpływem środka działającego podobnie do alkoholu, w stanie równoważnym ze stanem nietrzeźwości w odniesieniu do alkoholu etylowego, mając we krwi opioid (…) prowadził autobus PKM Katowice. Oskarżam go również o to, że w dniu 31 lipca 2021 roku o godz. 05:45 w Katowicach na jezdni ul. Mickiewicza w okolicy przystanku, kierując autobusem PKM Katowice, działając z zamiarem ewentualnym, przewidując możliwość pozbawienia życia stojącej na jezdni, tyłem w kierunku nadjeżdżającego pojazdu, Jesiki M., godził się na to i najechał na nią, usiłując pozbawić ją życia. Uderzył ją czołową powierzchnią kierowanego pojazdu w okolice grzbietu i miednicy, doprowadzając do jej upadku, w wyniku czego doznała ona powierzchownego urazu grzbietu (…) Jednak celu nie osiągnął. Albowiem po uderzeniu i upadku pokrzywdzonej została ona odciągnięta z toru jazdy autobusu (…). Łukasza T. oskarżam również o to, że (…) działając z zamiarem bezpośrednim, chcąc pozbawić życia więcej niż jedną osobę, stojących na jezdni Barbarę Sz., Łukasza M. i Artura S. gwałtownie ruszył w ich kierunku, najechał na stojącą na jezdni, zwróconą tyłem do czoła autobusu Barbarę Sz., powodując jej upadek,  a następnie kontynuując jazdę najechał na nią, w wyniku czego doznała ona różnokształtnych, wielomiejscowych obrażeń (…) skutkujących gwałtownym i nagłym zgonem. Nie osiągnął natomiast celu pozbawienia życia Artura Z. i Łukasza M., albowiem Artur Z. cofnął się i opuścił tor jazdy autobusu, zaś Łukasz M. biegł przed maską jadącego w jego kierunku autobusu i udało mu się, po przejechaniu przez pojazd około 13,5 metra i rozwinięciu  prędkości maksymalnej 18,4 km/h, opuścić tor jego jazdy, kiedy autobus zwolnił do 15,4 km/h.”

Samo wyliczanie obrażeń, jakich doznała Barbara Sz. (celowo pominęliśmy je w relacji) zajęło prokuratorowi ponad minutę. Reasumując, Łukasz T. oskarżony jest o zabójstwo 19-latki, usiłowanie zabójstwa trzech innych osób i prowadzenie autobusu w stanie jak po spożyciu alkoholu.

Proces zaczął się od wniosku obrońcy oskarżonego o wyłączenie jawności. Adwokat Łukasza T. przekonywał, że podczas składania wyjaśnień jego klient będzie m.in. mówił o stanie swojego zdrowia. Dodawał, że na portalach społecznościowych pojawiają się różne nieprzychylne komentarze na temat tej sprawy, a opinia publiczna jest mocno podzielona. Również rodzina oskarżonego ma być narażana na internetowe ataki.

Przeciwni utajnieniu rozprawy byli prokurator i pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych. Sąd nie zgodził się z wnioskiem obrońców Łukasza T. i proces będzie toczył się jawnie.

Kierowca PKM Katowice złożył przed sądem obszerne wyjaśnienia. Zastrzegł jednak, że nie będzie odpowiadał na pytania prokuratury i oskarżycieli posiłkowych, którymi są ojciec zabitej kobiety i jej partner (wspomniany już Łukasz M.), który do sądu został doprowadzony skuty w kajdanki na rękach i nogach, bo do 8 kwietnia 2023 roku będzie przebywał w więzieniu (bez związku ze sprawą wypadku).

Zaczął od tego, że przed wypadkiem prowadził normalne życie. Ma średnie wykształcenie, z zawodu jest technikiem informatykiem i programistą komputerowym. Autobusami komunikacji publicznej jeździł od około 10 lat. Najpierw w Tychach, a od około 7 lat w PKM Katowice. Jest kawalerem, nie ma dzieci. Wziął kredyt hipoteczny i kupił mieszkanie. Miał plany związane z otwarciem firmy świadczącej usługi programistyczne i graficzne. Regularnie spotykał się z rodziną i znajomymi. Aktywnie spędzał czas jeżdżąc na rowerze, biegając i chodząc po górach.

Swoje wyjaśnienia Łukasz T. rozpoczął od zwrócenia się do ojca Barbary Sz. – Przyznam szczerze, gdybym widział że pani Barbara mi wpadła pod autobus, to bym się zatrzymał, nie kontynuowałbym jazdy. Jest mi bardzo przykro. Żałuję, że sprawy przybrały taki tor, a nie inny. Gdybym mógł cofnąć czas i postąpić inaczej, żeby przywrócić jej życie, to zrobiłbym to bez wahania. Najmocniej przepraszam, wiem że to nie zwróci życia, ale na tę chwilę tyle mogę zrobić. Chciałbym jakoś finansowo nagrodzić tę olbrzymią stratę dzieciom pani Barbary – mówił.

Potem opowiedział o wypadku ze swojej perspektywy. Wspomniał, że tego dnia pracę miał zacząć o godz. 03:36. Wstał więc o 02:30, żeby się przygotować. Potem pojechał do zajezdni samochodem, który użytkował wspólnie z mamą. Dzień wcześniej przygotował sobie kanapki i coś do picia. Kiedy dotarł do pracy, poszedł do dyspozytora, żeby pobrać niezbędne do wyjazdu dokumenty. Potem poszedł sprawdzić autobus i przygotować go do jazdy. Jak mówił, oprócz sprawdzenia poziomu oleju i płynu chłodniczego, co jest obowiązkowe, sprawdził też, czy śruby w kołach są dokręcone oraz sprawność hamulców. Następnie wyjechał Solarisem Urbino na trasę linii 910, która zaczynała się na przystanku przy CH Trzy Stawy. Dwa pierwsze kółka przebiegły bez problemu. Na trzecim doszło do tragedii.

–  Dojechałem do ul. Mickiewicza. Zobaczyłem na środku ulicy dość dużą grupę osób i oni się bili. Nie wiem czemu, ale podjechałem bliżej tej grupy. Jak już się zbliżałem do nich, to usłyszałem taki huk z przodu autobusu, jakby ktoś w niego uderzył. Od tego momentu zrobiło się dość duże zamieszanie. Z tego co pamiętam, autobus był atakowany najpierw z lewej strony. Z przodu było zamieszanie, z prawej strony w tym samym czasie zebrała się grupka osób. Zaczęła coś majstrować przy przednich drzwiach, nagle jeden z nich kopnął na tyle mocno te drzwi, że one się prawie otworzyły i chciał wejść do autobusu – relacjonował Łukasz T. – Jak zaczęła się awantura, to zwróciłem głowę w prawą stronę, żeby obserwować tych ludzi przy pierwszych drzwiach. Zobaczyłem to kopnięcie jednorazowe w drzwi i stąd wiem, że prawie się na oścież otwarły. Pamiętam moment, że ten co kopał, chciał wejść do autobusu, ale drzwi się zamknęły automatycznie z powrotem.

Sędzia Jolanta Szot-Zarzycka dopytywała, czy nie używał żadnego przycisku, żeby zamknąć drzwi.

Nie, one działają w ten sposób, że jak ktoś użyje siły, żeby je otworzyć, to drzwi trzyma układ pneumatyczny w autobusie i on jakby dociska je, żeby były w pozycji zamkniętej – odpowiedział oskarżony. – Trzeba użyć dość dużej siły, żeby je otworzyć. To mnie najbardziej wystraszyło z tego wszystkiego, bo jeżeli on miał na tyle siły, żeby jednym kopnięciem otworzyć drzwi, co nie jest łatwe, to wystraszyłem się, że jak wejdzie do autobusu ta grupa osób, to ja sobie nie dam rady. Wystraszyłem się, że mogą mi coś zrobić. Oprócz tego jeszcze miałem 5 czy 6 pasażerów w autobusie. Także byłem odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo.

Łukasz T. przyznał, że wpadł w panikę. Opowiadał, że jednocześnie coś działo się przy przednich i tylnych drzwiach oraz z przodu autobusu. Ktoś zaatakował z lewej strony.

Jak byłem odwrócony głową w stronę przednich drzwi, autobus nagle ruszył do przodu – mówił.

Sam ruszył? – pytała sędzia.

Myślałem na ten temat, jak to się mogło stać i nie pamiętam. Jak już ruszył, zdezorientowany byłem. Odwróciłem się głową do kierunku jazdy i przyznam, że nie widziałem nikogo przed autobusem. Jak już autobus ruszył, ucieszyłem się, że ten tłum się rozbiegł i postanowiłem obsłużyć przystanek, który jest na Mickiewicza. Zatrzymałem się na tym przystanku, nie otwierałem tych drzwi, żeby wypuścić i wpuścić pasażerów, bo jak zerknąłem w prawe i lewe lusterko to widziałem, że ten tłum dalej napiera na ten autobus. Bałem się, że wejdą do autobusu, że zrobią mi krzywdę. Działo się to wszystko na tyle dynamiczne w ciągu paru sekund, że postanowiłem pojechać do zajezdni. Stwierdziłem, że lepiej zabrać pasażerów na zajezdnię, bo tam mamy ochroniarzy i tam będzie bezpiecznej, żeby zareagować później na całą tę sytuację. Ten tłum cały czas gonił mnie i autobus, było dość dużo osób, 15-20 osób. Dlatego chciałem poszukać pomocy na zajezdni i postanowiłem, że tam z ochroniarzami zadzwonimy na policję i poinformujemy o bójce, która się wydarzyła na Mickiewicza. Jak podjechałem pod bramę zajezdni, podjechała znienacka policja i zajechali mi drogę przed szlabanem. Ucieszyłem się na widok policji, bo pomyślałem, że ktoś z pasażerów mógł zadzwonić i poinformować co się dzieje. O tym, że ktoś wpadł mi pod autobus dowiedziałem się po dłuższej chwili od policjantów.

W tracie pierwszej rozprawy Łukasz T. powtarzał kilka razy to samo i kładł nacisk na te same sprawy.

Po pierwsze, przekonywał, że kiedy autobus ruszył, nie widział nikogo z przodu, bo patrzył raz w jedno, raz w drugie lusterko. Nie miał też świadomości, że kogoś wciągnął pod podwozie. Nie wiedział również, że huk na początku zdarzenia, to było uderzenie w człowieka. Dodawał, że są w autobusie tzw. martwe punkty, jak kolumna kierownicy, gruba belka po lewej stronie, która oddziale szyby przednią i boczną, dość gruba belka na środku autobusu i para wycieraczek.

Po drugie, nie pamięta jak to się stało, że autobus ruszył, po tym jak zatrzymał go na wysokości przystanku. Nie jest w stanie stwierdzić czy pojazd ruszył sam, po zwolnieniu hamulca przystankowego, czy też to on wcisnął pedał gazu. A nawet jeśli to on nacisnął na gaz, to zupełnie tego nie pamięta.

Po trzecie, dopiero od policjantki, która była w radiowozie przez zajezdnią, dowiedział się co się naprawdę stało.

Wątpliwości w tej sprawie jest znacznie więcej. Podczas śledztwa biegli stwierdzili, że w dniu wypadku w organizmie Łukasza T. znajdowały się m.in. amfetamina oraz tramadol, czyli silnie działający lek przeciwbólowy z grupy opioidów, zwanych narkotycznymi lekami przeciwbólowymi. W sądzie przekonywał dzisiaj, że ostatnich dniach przed wypadkiem zażywał jedynie sprzedawany bez recepty tabletki Recigar, które mają pomóc w rzuceniu palenia papierosów. Była to już druga kuracja tym lekiem, bo pierwsza, przeprowadzona 2,5 miesiąca wcześniej, nie przyniosła rezultatu.

Łukasz T. dodawał, że inne leki, m.in. na problemy gastryczne, ostatni raz zażywał w kwietniu 2021 roku, czyli kilka miesięcy przed wypadkiem. Zaprzeczył też, że kiedykolwiek brał narkotyki. Stwierdził, że nie wie skąd w jego organizmie znalazła się amfetamina, a w jego mieszkaniu woreczki po białym proszku.

Z odczytanego przez sędzię protokołu z wyjaśnień Łukasza T. , złożonych w marcu 2022 roku, wynika, że nie wie co było w tych woreczkach. Któregoś dnia otworzył szufladę i zobaczył dwa woreczki z białymi granulkami. Jak zeznał,  wyglądały jak proszek do prania, więc wsypał je do proszku. Woreczki zostawił, żeby włożyć do nich biurowe rzeczy, jak spinacze czy temperówkę.

T. zaprzeczył, że leczył się psychiatrycznie, choć przyznał, że raz z psychiatrą miał kontakt. Było to w 2018 roku, kiedy trafił na toksykologię w Sosnowcu, po tym, jak próbował popełnić samobójstwo. Powodem było rozstanie z kobietą. W szpitalu rozmawia z psychiatrą i psychologiem. Nie widzieli oni jednak potrzeby umieszczania go w szpitalu psychiatrycznym. Rok później zgłosił się do psychologa na os. Witosa, bo nadal nie mógł otrząsnąć się po rozstaniu. Jednak po kilku spotkaniach, nie zdecydował się na terapię, która miała być płatna.

Łukasz T. był dziś pytany przez sąd, czy w swoje karierze kierowcy miał inne niebezpieczne sytuacje. Wymienił co najmniej cztery, w tym jedną w Rudzie Śląskiej. Według jego wersji, kiedy wyjeżdżał z zatoczki autobusowej, zobaczył, że przebiegający przez drogę mężczyzna potknął się. Podjechał więc do niego, otworzył drzwi i wspólnie z pasażerami pytali czy wszystko z nim w porządku. Wtedy mężczyzna miał wejść do autobusu, rozbić szybę kabiny i nożem ranić kierowcę. Potem uciekł. Na miejsce wezwana została policja.

Całe zdarzenie zostało nagrane na prywatnym rejestratorze Łukasza T. Prokurator poprosił sąd o odtworzenie tego nagrania. Jego zdaniem, wydarzenia przy przystanku autobusowym w Rudzie Śląskiej wyglądały inaczej, a nagranie pozwoli „na bieżąco zweryfikować wiarygodność oskarżonego„.

Filmy mają zostać odtworzone na kolejnej rozprawie, która zaplanowana została na 22 listopada. Wtedy też mają zeznawać pokrzywdzeni Jesica M., Łukasz M, a także matka oskarżonego i ojciec zmarłej Barbary Sz.


Tagi:

Komentarze

  1. koala 10 października, 2022 at 8:19 pm - Reply

    Dajcie temu facetowi już spokój

Dodaj komentarz

*
*