Od kilku dni można trafić na wiele entuzjastycznych opinii o nowym serialu Netfliksa. Wydaje mi się, że odbiorcom spoza regionu podoba się lokalny folklor i śląska godka. Z kolei tym stąd, że w końcu o nich coś mówią. „Ołowiane dzieci” mają kilka mocnych stron i ładne „opakowanie”. Jednak z każdym odcinkiem robią się coraz mniej przekonujące, a budowane napięcie ulatuje jak dym z komina.
Zaczyna się od zwykłej sytuacji podczas festynu, ale już wtedy poznajemy główną bohaterkę jako kobietę stanowczą, która walczy o swoje. Akurat w tej scenie nie daje sobie wmówić, że musi dopłacić, żeby dostać bułkę do kiełbasy. To prolog przed poważniejszymi wydarzeniami. Później Jolanta Wadowska-Król będzie walczyła o zdrowie dzieci mieszkających przy szopienickiej hucie w podobny sposób. Najpierw o to, żeby je przebadać na obecność ołowiu w organizmie, później o ich wyjazd do sanatorium ze skażonego toksycznym związkiem osiedla, a następnie o przeprowadzkę do nowych mieszkań. Ta scena na festynie to prosta klisza, która reprezentuje to, co w nowym serialu Netfliksa mi się nie podobało. Jednak zacznę od zalet „Ołowianych dzieci”.

Ciekawie śledzi się losy lekarki przeplatane politycznymi gierkami, które dzieją się ponad jej głową. Mamy perspektywę pracującej w poradni rejonowej Wadowskiej-Król, ale mamy też tarcia na linii gen. Jerzy Ziętek (świetny Marian Dziędziel) - Zdzisław Grudzień (równie świetny Zbigniew Zamachowski). W całej historii ściera się nauka z robotniczą tradycją, prywatne interesy z dobrem ogółu, zwykły lud z władzą, Śląsk z Warszawą, prawda z propagandą i dobro ze złem. Mamy w serialu Macieja Pieprzycy sporo antagonizmów, które angażują odbiorcę przez większą część serii trwającej łącznie 6 godzin.

Miałem spore oczekiwania wobec promowanego szeroko serialu Netfliksa. Nic dziwnego, bo streamingowy gigant zrobił wiele, żeby jak najszerzej wypromować nową produkcję o epidemii ołowicy na Górnym Śląsku. Temat ważny, ale czy aż na miniserial? Można mieć wątpliwości. Netfliks w to wszedł i to odważnie. Do stworzenia sześcioodcinkowych „Ołowianych dzieci” zaangażowano znanego reżysera i duże aktorskie nazwiska. W roli głównej Joanna Kulig, a u jej boku Kinga Preis i Agata Kulesza. Wrogiem doktórki, jak nazywają ją mieszkańcy osiedla Targowisko, jest Michał Żurawski.

Obsada została starannie dobrana. Nie chodzi tylko o wyżej wymienionych. Autentyczność tkwi w detalach, a nadają ją - oprócz scenografii, kostiumów czy ścieżki dźwiękowej - aktorzy. To osoby znane widowni z lokalnych scen: Teatru Śląskiego, Teatru Zagłębia i Teatru Nowego w Zabrzu. Na pierwszym miejscu należy wymienić Grzegorza Przybyła, który miał niełatwe zadanie pokazania przemiany Alojza Sonntaga. Ważna dla tej historii jest postać odgrywana przez Roberta Talarczyka. Poza tym dobrze wypadają też walczące matki - Mirosława Żak, Joanna Romaniak i Joanna Wawrzyńska. Swój czas na ekranie dostały też Grażyna Bułka i Barbara Lubos. Jednymi z nielicznych komediowych scen są te z Wilhelmem, dozorcą w Urzędzie Wojewódzkim, którego zagrał Wojciech Leśniak. Wszyscy oni nadali produkcji lokalnego folkloru.
Sama scenografia i śląskie lokacje nie byłyby w stanie tak dobrze oddać ducha regionu. Choć odwzorowanie epoki PRL-u zasługuje na kolejną pochwałę. Nie tylko samochody, mozaika na ścianie czy szyldy sklepowe. Twórcy naprawdę zadbali o szczegóły. Od malutkiej metalowej pieczątki lekarki przez lustro w ramie z metaloplastyki po popielniczkę, a to wszystko tylko elementy scenografii z przychodni. Bardzo łatwo można przenieść się za ich pośrednictwem o 50 lat wstecz.
Przeniesienie prawdziwej historii na ekran nie mogło być proste, bo rzeczywistość nie była tak widowiskowa. O tym, co w serialu jest prawdą, a co zmyślono napisała między innymi Magdalena Majcher, autorka książki „Doktórka od familoków”. Nie będę w to wchodził, wystarczy przeczytać jej post na Facebooku:
W skrócie, fikcja jest tu na każdym kroku, ale twórcy powtarzali to wiele razy. Nie tylko komunikatem: Serial inspirowany prawdziwymi wydarzeniami oraz książką Michała Jędryki pt. „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”. Podkreślał to reżyser. W rozmowie z portalem Katowice24.info mówił, że w najważniejszych elementach serial opowiada prawdziwe wydarzenia z 1974 roku. - To jakiś taki rodzaj paradoksu, że my filmowcy bierzemy inspiracje z prawdziwej historii, ale musimy posiłkować się fikcją, po to, żeby się do tej prawdy zbliżyć - wyjaśniał Pieprzyca.
Po obejrzeniu serialu można lepiej zrozumieć taką argumentację. Niektóre wątki trzeba traktować symbolicznie, bo „Ołowiane dzieci” luźno nawiązują do tego, co działo się w Katowicach w połowie lat 70. Walkę z systemem oddają sceny, w których oficer Służby Bezpieczeństwa próbuje omamić, przestraszyć i zniszczyć lekarkę. Jej zmagania z oporną na wiedzę medyczną lokalną społecznością (to także nieprawdziwy i dla niektórych krzywdzący obraz) podsumowują płomienne przemówienia. Poświęcenie lekarki sprawie powoduje, że przestaje dostrzegać rodzinę i naraża swoje zdrowie. W jednej ze scen od męża oddzielają ją szklane drzwi. Oboje czują swoją obecność, ale nie pada żadne słowo.
Można mieć pretensje do takiego grania na emocjach fikcyjnymi wątkami w opowiadaniu prawdziwej historii. Jednak dopóki chodzi w tym o objaśnienie świata i realiów PRL-u (na przykład młodszym odbiorcom), da się to wybaczyć. Gorzej jak ma na celu tylko przykucie uwagi (nie przekonacie mnie, że dobry jest ten zabieg z porwaniem w połowie serii), a to twórcy robią często i intensywnie. W moim odczuciu przesadnie.

Nie będę wchodził w analizę pod tytułem „Netfliks kontra rzeczywistość”, czyli obraz Śląska i jego mieszkańców w serialu lub wierność historycznym wydarzeniom. Inni już to zrobili. Chcę się skupić na warstwie filmowej.
Walcząca o zdrowie dzieci z robotniczych rodzin doktórka w pewnym momencie zamienia się w akwizytorkę. Jej misja przestaje być ciekawa, kiedy po raz kolejny puka do tych samych drzwi. A to zrobić badania, a to zrobić kolejne badania, a to przekonać do wyjazdu. I tak w kółko. Do trzeciego odcinka można jeszcze przymknąć na to oko, potem jej krążenie po domach robi się wtórne (ale najlepszy jest odcinek nr 4, bo akcja nabiera tempa i przechodzimy do kryminalnego aktu, ale padają tam przede wszystkim bardzo ważne słowa w najlepszym dialogu całego serialu).
Sporo miejsca poświęcono wątkowi młodzieńczej miłości córki Wadowskiej-Król i syna Niedzieli. Uczucie kiełkuje tylko po to, żeby potem skończyć się dialogiem, który sam w sobie jest niezły i przypomina trochę rozmowę o pandemii koronawirusa. Po tym już do tego wątku nie wracamy.
Gdy rozmawiałem z Maciejem Pieprzycą, zapytałem go o przydomek Wadowskiej-Król. W mediach nazywa się ją czasem „śląską Erin Brockovich”. Reżyser stwierdził, że nie za bardzo zgadza się z takim porównaniem, bo amerykańska aktywistka miała łatwiej. Działała przecież w systemie demokratycznym, a nie totalitarnym. Tyle, że w serialu robi z Wadowskiej-Król heroskę i jej postać cały czas „rośnie”. W końcu doprowadza do rozruchów przypominających z jednej strony strajk w kopalni „Wujek”, a z drugiej czarne protesty sprzed kilku lat. Jeszcze dwa odcinki i być może stanęłaby na czele zamachu stanu. Ta ciągła hiperbola sprawia, że na jej poczynania zaczynamy patrzeć z przymrużeniem oka. Gorzej jeśli część odbiorców nie potraktuje poważnie ostrzeżeń o inspiracji faktami i uzna całość za historyczną prawdę o lekarce.

Scena protestu przed hutą nie jest zresztą na tyle mocna, żeby ciągnąć ją tak długo. Zbudowane napięcie gdzieś ulatuje. Tak samo szybko jak rozwiązuje się większość wątków w ostatnim odcinku. A jednocześnie można zapomnieć o tych, którzy są w tej opowieści najważniejsi, czyli o dzieciach. Po prostu pod koniec małych pacjentów już nie ma. Choć o nich przez kilka godzin walczy na naszych oczach pani doktor, bo „tak trzeba” - jak powtarza Wadowska-Król.
Gdyby skrócić ten serial o jeden odcinek, nie byłaby to żadna strata dla historii. Być może nawet zyskałaby na tym i przyjemniej czekałoby się na jej finał. Nie tak dawno bagatelizowanie problemu szkodliwości ołowiu było powszechne. Niektórzy bawili się jeszcze ołowianymi żołnierzykami. Jeszcze kilka lat temu mało kto słyszał o epidemii ołowicy i dr Jolancie Wadowskiej-Król. Produkcja Netfliksa ma szansę to zmienić, przynajmniej w jakimś stopniu. Nawet jeśli serial przekręca historię i podkręca fikcją, to temat jest moim zdaniem najmocniejszą stroną „Ołowianych dzieci”. Od kilku dni są numerem jeden na liście najchętniej oglądanych seriali w Polsce i oby tak zostało jak najdłużej. To ważna opowieść o trudnej przeszłości tego regionu i bardzo dobrze, że powstała.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Redaktorze. Ołowiane dzieci .... i nie tylko. W Katowicach Huta Szopienice była morderczym zakładem pracy ,truła dzieci i wszystkich tych , którzy mieszkali w jej okolicach, nie tylko Szopienice ale i przyległe dzielnice Katowic i Sosnowca - wiat rozwiewał szkodliwe pyły a kominy pracowały na 100% tylko nocą bo ówczesnej władzy tak było wygodnie. Na początku napisałem "nie tylko", dlaczego ? Więc przypominam o Hucie cynku w dzielnicy Wełnowiec. W ciągu dnia chcąc przejechać od strony kolonii Alfred w stronę centrum Katowic na ówczesnej ulicy Armii Czerwonej niejednokrotnie trzeba było włączyć światła w samochodzie -taka była "widoczność". Oczywiście podobnie jak w Szopienicach, huta oddawała do atmosfery syf produkcyjny najczęściej nocą. Umieralność w dzielnicy Wełnowiec była znacznie wyższa niż i innych dzielnicach Katowic. Zachęcam do statystyk- na pewno znajdzie je Pan w archiwach miasta. Proszę więc Panie redaktorze rozszerzyć swoją wiedzę na temat "trucicieli" Katowic z okresu aktywności tych zakładów przemysłowych, które bezkarnie truły mieszkańców a następnie podważać zasadność przekazywania w doskonałym wg mojej ocenie filmie treści o tamtych czasach i problemach.
Huta w Miasteczku Śląskim Zaklady Chemiczne w Tarnowskich Górach. Huta Katowice (Dąbrowa Gornicza)
ale po co od razu tak pretensjonalnie?
1. A Joanna Kulig zrobiła już karierę w Hollywood? 2. W ankiecie brak odpowiedzi - Nie ogłądałem. 3. Nie da się wysyłać komentarzy na smartfonie.
Długi gniot, który nie potrafi zainteresować... Strata czasu. Heweliusz przy Ołowianych, to niemal oscarowe arcydzieło.
Redaktorze. Ołowiane dzieci .... i nie tylko. W Katowicach Huta Szopienice była morderczym zakładem pracy ,truła dzieci i wszystkich tych , którzy mieszkali w jej okolicach, nie tylko Szopienice ale i przyległe dzielnice Katowic i Sosnowca - wiat rozwiewał szkodliwe pyły a kominy pracowały na 100% tylko nocą bo ówczesnej władzy tak było wygodnie. Na początku napisałem "nie tylko", dlaczego ? Więc przypominam o Hucie cynku w dzielnicy Wełnowiec. W ciągu dnia chcąc przejechać od strony kolonii Alfred w stronę centrum Katowic na ówczesnej ulicy Armii Czerwonej niejednokrotnie trzeba było włączyć światła w samochodzie -taka była "widoczność". Oczywiście podobnie jak w Szopienicach, huta oddawała do atmosfery syf produkcyjny najczęściej nocą. Umieralność w dzielnicy Wełnowiec była znacznie wyższa niż i innych dzielnicach Katowic. Zachęcam do statystyk- na pewno znajdzie je Pan w archiwach miasta. Proszę więc Panie redaktorze rozszerzyć swoją wiedzę na temat "trucicieli" Katowic z okresu aktywności tych zakładów przemysłowych, które bezkarnie truły mieszkańców a następnie podważać zasadność przekazywania w doskonałym wg mojej ocenie filmie treści o tamtych czasach i problemach.
Huta w Miasteczku Śląskim Zaklady Chemiczne w Tarnowskich Górach. Huta Katowice (Dąbrowa Gornicza)
ale po co od razu tak pretensjonalnie?