Im bliżej premiery, tym większe są oczekiwania wobec nowej produkcji Netflixa. Choć „Ołowiane dzieci” prawdopodobnie nie odniosą takiego sukcesu jak katastroficzny „Heweliusz”, to opowiedzą ważną historię. Reżyser Maciej Pieprzyca podkreśla, że jest ona tylko inspirowana faktami. Jednak twórcy postarali się wiernie oddać klimat Katowic z lat 70.
To nie będzie hit na miarę głośnej produkcji Netflixa wyreżyserowanej przez Jana Holoubka. Historia promu „Jan Heweliusz” od początku miała potencjał na osiągnięcie dużego sukcesu. Po czasie można uznać, że ten potencjał został wykorzystany. Jak pochwalił się reżyser, w pewnym momencie „Heweliusz” był czwartym najchętniej oglądanym serialem nieanglojęzycznym na platformie. Dzięki temu wiele osób poznało historię katastrofy na Bałtyku.
Takiego rozgłosu nie można spodziewać się po najnowszym serialu Netflixa. To nie zarzut do „Ołowianych dzieci”. Trudno wymagać, żeby smutne obrazki ze szpitala dziecięcego rywalizowały z epickimi scenami tonącego promu. Tu także mamy szarą, jeszcze PRL-owską, rzeczywistość, polityczną intrygę i śmierć. W tej historii tonącym statkiem staje się jednak osiedle położone przy hucie w Burowcu. To tu Jolanta Wadowska-Król przyjmuje dzieci w poradni w Szopienicach i zauważa u nich niepokojące symptomy. Zaczyna się od chłopca, u którego diagnozuje nawracającą anemię. Później odkrywa, że takie objawy ma więcej dzieci, a ich przyczyną okazuje się ołowica.

Śląsk pokazano bardzo autentycznie, jest brzydki i brudny. Taki wtedy był, a dzisiaj - choć przemysłu już prawie nie ma - nadal jest wiele zaniedbanych miejsc. Dlatego w serialu ulice i budynki mogą rozpoznać mieszkańcy Katowic i okolic. Jak mówi reżyser „Ołowianych dzieci” Maciej Pieprzyca, twórcom zależało na tym, żeby ten obraz jak najbardziej oddawał realia tamtych czasów. - To jest akurat odwołanie do tego co było, a nie stylizacja - mówi. Zapytaliśmy go, czy nie obawiał się, że taki obraz Śląska pielęgnuje wciąż żywe stereotypy na jego temat.
- Ja bym tego nie nazwał utrwalaniem stereotypu. My po prostu staraliśmy się być wierni historii, nic nie kolorowaliśmy. Scenografia zwłaszcza walczyła o to, żeby ta huta wyglądała tak, a nie inaczej i żeby te osiedla wyglądały tak, jak wtedy. Gdybyśmy pokazali inaczej to Targowisko i rzeczywistość 1974 roku oraz to, z czym zmagała się dr Wadowska-Król, to by było duże przekroczenie - mówi.
Nie ma już osiedla, które znajdowało się przy zakładzie. W serialu nazwano je Targowiskiem (od niemieckiej nazwy Marktplatz). To dawna kolonia Paweł zlokalizowana w miejscu dzisiejszego skweru Hilarego Krzysztofiaka. W serialu hutę „zagrała” elektrociepłownia w Zabrzu, bo w rzeczywistości niewiele po niej zostało. Poradzono sobie z tym, odwzorowując przemysłowy moloch komputerowo.

Akcja dzieje się w Katowicach, ale to nie znaczy, że zdjęcia zakończone pod koniec 2024 roku, były wykonywane tylko tu. Serial kręcono także w sąsiednich miastach. Na przykład „szopienickie” sceny w kolonii robotniczej powstawały w trzech różnych miejscach - katowickiej Kolonii Alfreda w Wełnowcu, świętochłowickich Lipinach i w jednym z zabrzańskich kościołów. Ekipa filmowa kręciła także w Rudzie Śląskiej, Świętochłowicach, Gliwicach i Bytomiu.
Serial pokazuje codzienne życie w familokach z chlewikami i wychodkami na placach. Dzieci kopią bala w tumanach kurzu i stawiają babki z brudnego piasku. W powietrzu unosi się pył, który wyrzucają kominy huty. Choroba wywoływana przez styczność z toksycznym ołowiem zabija po cichu, a jej objawy są zróżnicowane. Dla robotniczych rodzin żyjących tuż przy murach wielkiego zakładu z jednej strony Huta Metali Nieżelaznych jest żywicielką, a z drugiej strony trucicielką. Jednak śląskie rodziny związane od pokoleń z szopienicką hutą niełatwo przekonać do tego, że zagrożenie jest poważne.

Od zatrucia ołowiem dzieci nie umierają w spektakularny sposób, a problem przez lata był bagatelizowany. Przekonać do tego, że huta truje główna bohaterka serialu musi nie tylko mieszkańców osiedla i pracowników zakładu, ale także najwyższe władze. Na ekranie oglądamy zmagania Jolanty Wadowskiej-Król z systemem skoncentrowanym na śrubowaniu planu produkcji. W główną rolę wcieliła się Joanna Kulig (m.in. „Zimna wojna”, „Kler”) .
- Oglądałam sporo fotografii, poznałam też syna pani doktor. Ale najważniejsze dla mnie było, żeby przeprowadzić emocjonalnie jej historię i być w takim silnym zespole razem z Maćkiem, żeby naprawdę oddać jej ducha - mówi Kulig. Z reżyserem spędziła dużo czasu, bo Pieprzyca zajmował się montażem scen z jej udziałem. - Sądzę, że tak, jak żeśmy ją przedstawili na ekranie, to taka była - energiczna, prąca do przodu jak torpeda. Mówiono, że jak się ją próbuje wyrzucić drzwiami, to wejdzie oknem - mówi Maciej Pieprzyca. Choć jak przyznali oboje, nie udało im się poznać zasłużonej lekarki, która zmarła w połowie 2023 roku.

Główny wątek walki o dobro dzieci przeplatany jest przygotowaniami do wizyty Leonida Breżniewa. Tym przygotowaniom towarzyszą polityczne gierki sekretarza katowickiego komitetu PZPR Zdzisława Grudnia (Zbigniew Zamachowski), który z zazdrością spogląda w kierunku wojewody gen. Jerzego Ziętka (Marian Dziędziel). Doktórka, jak nazywają lekarkę mieszkańcy, znajduje sobie sojuszniczki - pielęgniarkę Wiesię Wilczek (Kinga Preis) i szefową kliniki pediatrycznej prof. Berger (Agata Kulesza). Ta ostatnia jest inspirowana postacią ówczesnej konsultant wojewódzka w dziedzinie pediatrii prof. Bożeny Hager-Małeckiej. Na drodze do uratowania dzieci stanie lekarce oficer SB Hubert Niedziela (Michał Żurawski).

Zdaniem reżysera, porównanie lekarki do Erin Brockovich, które często pojawia się w mediach, nie jest do końca trafione. - Ona miała trochę łatwiej. Dlatego, że jej historia jednak wydarzyła się w systemie demokratycznym, a nie w systemie totalitarnym. I ta stawka była dużo niższa, dużo mniej jej groziło niż dr Wadowskiej-Król za jej działalność.
Już po premierze, która odbyła się w minioną środę w Kinie Rialto, pojawiły się pierwsze głosy porównujące serial do rzeczywistości. Na dokładne analizy przyjdzie jeszcze czas, ale twórcy podkreślają, że „Ołowiane dzieci” to nie jest film dokumentalny, tylko serial fabularny inspirowany prawdziwą historią. -Myślę, że w tych najważniejszych elementach tego, co wydarzyło się zwłaszcza w 1974 roku, to jest prawdziwe - mówi Pieprzyca. Reżyser uważa, że czasami historii potrzebne jest odejście od faktów.
- To jakiś taki rodzaj paradoksu, że my filmowcy bierzemy inspiracje z prawdziwej historii, ale musimy posiłkować się fikcją, po to żeby się do tej prawdy zbliżyć. Czasami po to, żeby ta prawda została zrozumiana. Staraliśmy się przybliżyć klimat i oddać pewną emocjonalność tej całej historii - wyjaśnia reżyser serialu.
Produkcja Netflixa jest promocyjnie bogato „opakowana”. Był czerwony, dywan, ścianka i kwiaty. Kilka godzin wcześniej w Hotelu Monopol dziennikarze mogli spotkać się z twórcami i porozmawiać indywidualnie. Premiera dopiero za kilka dni, a o serialu już jest głośno od dłuższego czasu.

Najważniejsze, że „Ołowiane dzieci” opowiedzą nadal mało znaną i przez lata pomijaną historię walki z ołowicą, w której wielką rolę odegrała Wadowska-Król. Nawet jeśli ta historia będzie trochę podkręcona na potrzeby serialu. Jeśli ktoś postanowi zagłębić się w jeden z wielu problemów tego regionu, to może sięgnąć po książki. Powstaje też film dokumentalny. Fabularny serial „Ołowiane dzieci” będzie miał swoją premier w najbliższą środę, 11 lutego.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze