Kiedy w Katowicach pojawił się turniej WTA, patrzyłem na to z nadzieją. Nie tylko jako wielki fan tenisa i dziennikarz, ale też jako mieszkaniec. Wkład miasta był niewielki, bo głównym sponsorem był bank BNP Paribas. W pierwszym roku Katowice dopłaciły 400, w drugim 500 tysięcy złotych. Do tego oczywiście wynajęcie Spodka na preferencyjnych warunkach. Potem jednak bank się wycofał, a miasto, jak dobry wujek, postanowiło głębiej sięgnąć do budżetu. 1,5 mln zł co roku, plus 100 000 zł za grę w Międzynarodowym Centrum Kongresowym. I tak miało być do 2021 roku. Na szczęście właściciel licencji postanowił przenieść turniej do szwajcarskiego Biel.
Jak podaje strona tennisworldusa.org, na razie nie jest jeszcze znany sponsor tytularny turnieju. Portal cytuje za to Martinę Hingis, wciąż grającą legendę szwajcarskiego tenisa, która cieszy się z kolejnego turnieju w swoim kraju i obiecuje, że włączy się w jego promocję i organizację.
Dlaczego nie udało się w Katowicach? Organizatorzy chcieli oprzeć turniej i jego promocję na Agnieszce Radwańskiej. Każdy, kto interesuje się tenisem dobrze wie, że nasza najlepsza zawodniczka nie przepada za grą w ojczyźnie. Podobnie jak nie bardzo ludzi udzielać się w polskich mediach (chyba że w magazynach modowych). Zwykle brakuje jej też czasu dla kibiców. Charakterystyczna była sytuacja sprzed roku. Radwańska przez kilkanaście minut rozdawała autografy, ale w pewnym momencie powiedziała: dość. I to mimo, że wciąż po jej podpis stała długa kolejka fanów. Drugiej sesji autografów nie było.
W tym roku Radwańska dobiła turniej, wycofując się z niego tuż przed startem. Tłumaczyła to kontuzją. Na szczęście, uraz nie był chyba aż tak groźny, bo najlepsza polska tenisistka bryluje już na kortach Stuttgarcie. Dotarła tam do półfinału zawodów z pulą nagród prawie 700 000 dolarów.
Polski tenis kobiety jest w dołku, dlatego Radwańskiej nie miał kto zastąpić. Magda Linette czy Paula Kania to po pierwsze, nie ta liga, po drugie - niemal zerowa rozpoznawalność poza wąskim gronem fanów tenisa.
Kolejna rzecz to lista startowa turnieju, która z każdym rokiem była coraz słabsza. Podobnie jak frekwencja. Organizatorzy i miasto chwalą się wprawdzie, że ostatnie zawody obejrzały 23 tysiące widzów, ale te dane wydają się mocno naciągane. I to nawet biorąc pod uwagę, że bardzo wiele wejściówek zostało po prostu rozdanych. W pierwszych dniach trybuny Spodka były niemal puste. Podczas decydujących meczów frekwencja nieco się poprawiła, ale i tak w telewizyjnej transmisji całe połacie pustych rzędów krzeseł robiły przygnębiające wrażenie. Organizatorzy zawsze bronili się przed podaniem liczby sprzedanych biletów. To też o czymś świadczy.
Tak dochodzimy do następnego problemu. Jak się okazuje, w Katowicach nie ma zapotrzebowania na turniej tenisowy. Przynajmniej na taki, którym był WTA Katowice Open. Co więcej, publiczność nie jest u nas tenisowo "wyrobiona".
To wszystko sprawia, że przeniesienie zawodów do Szwajcarii jest dla Katowic zdarzeniem pozytywnym. Władze miasta nadal robiłyby dobrą minę do złej gry, wydając kolejne miliony na imprezę, która prawie nikogo nie obchodzi. Agnieszka Radwańska nadal przekonywałaby jak ważna jest dla niej gra w Polsce. Organizatorzy wciąż zapewnialiby, że sprzedają coraz więcej biletów, nie podając choćby jednej liczby.
W całej sprawie martwi tylko zapowiedź wiceprezydenta Katowic Waldemara Bojaruna, który w specjalnym oświadczeniu stwierdził, że "miasto będzie czyniło starania, aby w Katowicach turnieje tenisowe były dalej organizowane". Obawiam się, że prędzej czy później rzeczywiście znajdzie się jakiś inny organizator, który namówi miasto na równie bezproduktywną imprezę co WTA Katowice Open. W końcu szkoda by było, żeby te 1,5 mln zł rocznie zmarnowało się na jakiś pożyteczny cel.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze