Samochody po powodzi z Europy Zachodniej trafiają na polskie place

20/02/2026 21:47

Znajomy mechanik z okolic Krakowa zadzwonił do mnie w grudniu i mówi: słuchaj, miałem dzisiaj na podnośniku audi a4 z 2019, sprowadzone z Hiszpanii, 87 tysięcy na zegarze, auto wizualnie w porządku. Podłączam diagnostykę i leci cały zestaw błędów modułów. Patrzę pod dywanik, a tam plamy i takie białawe wykwity na metalowych elementach. Mówię do klienta: panie, to auto pływało.

Klient kupił to audi przez pośrednika za 78 tysięcy złotych. W ogłoszeniu pisało bezwypadkowe, serwisowane w ASO, import z Hiszpanii. Nikt słowem nie wspomniał o powodzi. A w Walencji 29 października 2024 spadło 445 milimetrów deszczu w ciągu jednego dnia. Ponad roczna norma opadów naraz. Zniszczyło ponad 100 tysięcy samochodów. Jakieś 40 tysięcy z nich to szkody całkowite, nie opłaca się naprawiać. Odszkodowania zgłoszone do ubezpieczycieli przekroczyły 3,5 miliarda euro. I teraz pytanie: gdzie się podziały te wszystkie auta?

Pytanie jest retoryczne, bo odpowiedź znamy. Część poszła na złom, to jasne. Ale część trafiła na aukcje popowodziowe, gdzie kupują je pośrednicy za grosze i wysyłają dalej. Gadałem o tym ze znajomym który zajmuje się analizą rynku używek. Mówi mi tak: po każdej dużej powodzi w Europie widzimy falę podejrzanych pojazdów pojawiających się na rynkach w Europie Wschodniej. Walencja to było ponad 100 tysięcy aut. Nie wszystkie trafią do Polski, jasne, ale wystarczy że trafi pięć albo dziesięć procent i masz problem na kilka tysięcy sztuk. Polska jest jednym z głównych rynków docelowych dla aut z ukrytą historią szkodową, bo aż 62 procent uszkodzonych aut na polskim rynku to import.

No i tu dochodzimy do sedna problemu. W Hiszpanii ubezpieczyciel wpisuje auto jako szkodę powodziową. Ale kiedy pośrednik kupuje to auto, rejestruje je na siebie, wywozi do Niemiec albo Francji i tam wystawia na sprzedaż albo wysyła dalej do Polski, ta informacja o powodzi gdzieś po drodze znika. Bo nie ma jednej europejskiej bazy, gdzie by to wszystko szło. Każdy kraj ma swój system i te systemy ze sobą nie gadają. Hiszpański ubezpieczyciel zapisał sobie powodziowe, ale polski CEPiK tego nie widzi. Diagnosta na stacji kontroli pojazdów w Polsce patrzy w system i system mówi: czyste. Bo skąd ma wiedzieć co się stało z tym autem w Walencji?

Europejska prokuratura, EPPO, rozbiła w zeszłym roku taką siatkę na trasie Szwajcaria przez Niemcy do Polski. Operacja nazywała się Crime Cars. 200 policjantów, 105 przeszukań, 32 samochody zabezpieczone. I wiecie co wyszło? Że przez tę jedną siatkę przeszło około 27 tysięcy uszkodzonych aut. Dwadzieścia siedem tysięcy. Schemat prosty: firmy w Szwajcarii, najczęściej z polskimi właścicielami, kupowały uszkodzone auta od szwajcarskich ubezpieczycieli, transportowały przez Niemcy do Polski, naprawiali byle jak i sprzedawali dalej przez sieci dealerów. Straty dla budżetów? Ponad 10 milionów euro nieopłaconego VAT-u i ceł.

Druga operacja, Nimmersatt, była jeszcze większa. Tysiąc policjantów w dziesięciu krajach, 200 przeszukań, wraki z amerykańskich aukcji ubezpieczeniowych sprowadzane do Europy. Kosmetycznie naprawiane i sprzedawane jako normalne auta. 31 milionów euro strat. I to są tylko przypadki które wyłapali. Ile takich siatek działa dalej, tego nikt nie wie.

Mechanik spod Krakowa mówi mi: ja takie auta rozpoznaję po zapachu. Jak otworzysz drzwi i czujesz wilgoć mimo że auto stoi na suchym placu, to jest pierwszy sygnał. Potem ciągniesz pas bezpieczeństwa do końca i patrzysz czy nie ma linii wodnej. Zaglądam pod dywaniki, sprawdzam czy metal nie jest skorodowany. Podłączam diagnostykę i patrzę na błędy modułów. Auto popowodziowe ma specyficzny wzorzec błędów, bo woda wchodzi wszędzie i nawet jak wyschnie, to elektronika pamięta. Pytam go: ile takich aut widziałeś w ostatnich miesiącach? Zastanawia się. Mówi: może z osiem od jesieni. Wcześniej jedno, dwa rocznie. Teraz wyraźnie więcej.

Auto po powodzi wygląda z zewnątrz normalnie. Ktoś je wymyje, wysuszy, wymieni dywaniki, odświeżaczem zamaskuje zapach. Elektronikę zresetuje, żeby błędy nie świeciły na desce. Wizualnie trudno odróżnić od czystego egzemplarza. Ale po paru miesiącach zaczyna się robić ciekawie. Korozja wchodzi w wiązkę elektryczną, moduły padają jeden po drugim, alternator się sypie, hamulce rdzewiają od środka. Znajomy z warsztatu mówi mi że naprawa takiego auta to studnia bez dna, bo nigdy nie wiesz co padnie następne. Klient z tym audi spod Krakowa zapłacił 78 tysięcy za auto które jest warte może 20 jako źródło części.

Z raportu transparentności rynku który opublikował carVertical za zeszły rok wynika, że Polska jest na 18 miejscu w Europie. To znaczy że jesteśmy jednym z najbardziej ryzykownych rynków do kupowania używek. 62 procent uszkodzonych aut to import. Z aut sprowadzanych z Belgii aż 93 procent miało historię szkodową. Z USA ponad 95 procent. Z Niemiec mniej, jakieś 35 procent wszystkich importów, ale przy skali pół miliona samochodów rocznie to i tak są grube liczby.

W Belgii jest Car-Pass, centralny system przebiegów. W Wielkiej Brytanii jest MIAFTR, baza aut wycofanych z ruchu przez ubezpieczycieli. W Polsce jest CEPiK, który sprawdza polskie dane. A co się działo z autem za granicą? Trzeba sprawdzić samemu. Porządny raport historii pojazdu pokaże historię w kilku krajach, w tym szkody ubezpieczeniowe, statusy popowodziowe i rozbieżności przebiegowe. To jest jedyny sposób żeby dowiedzieć się czy to audi z Hiszpanii pływało w Walencji czy nie.

Po powodzi w Polsce we wrześniu 2024 na Dolnym Śląsku i w okolicach Opola straty sięgnęły co najmniej 5 miliardów złotych. Część tych aut pewnie też wróci na rynek z czystymi papierami. Ale Walencja to inna skala. 100 tysięcy aut, z czego pewnie kilkanaście tysięcy trafi na rynki wtórne w całej Europie. Pośrednicy już na nich zarabiają. A kupujący w Polsce dalej wierzy że auto z Hiszpanii to pewniaczek, bo klimat ciepły i drogi dobre.

Rada od mechanika spod Krakowa jest prosta. Mówi: nie kupuj nic bez pełnego raportu historii. Jak ktoś ci mówi że auto z Hiszpanii jest bezwypadkowe, to zapytaj go czy ma raport potwierdzający. Jak się nie pokaże, dziękujesz i idziesz dalej. 100 złotych za raport to nie jest dużo w porównaniu z 78 tysiącami które może wylądować w błocie. Dosłownie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 21/02/2026 08:24


Najnowsze wiadomości