Swoją pracę pani Irena Zaic zaczęła w latach 90-tych. Wspomina, że wtedy czasami bała się wracać sama w nocy z pracy, bo Katowice wyglądały zupełnie inaczej. Nie było przytulnie i bezpiecznie. Po mieście kręciło się pełno narkomanów. - Kiedy zaczynałam, to strach było wyjść - mówi. Przez te trzy dekady zaszły zmiany, które sprawiły, że to już całkiem inne miasto. Jednak niezależnie od tego, Światowid był dla niej od samego początku bezpieczną przystanią. Kino na ulicy 3 Maja - wtedy jeszcze Grundmanstrasse 7 - istniało już na początku XX wieku, a Światowid powstał w latach 40-tych. Od połowy 1992 roku życie pani Ireny, mieszkanki Giszowca, było nieprzerwalnie związane z tym miejscem. Najpierw pracowała jako księgowa, a później stała się właściwie opiekunką kina. Kasjerka, bileterka, księgowa - to były niektóre z jej zadań. Na jakiś czas musiała się nawet zamienić w przewodniczkę, bo kiedy otwarto salę kameralną w lokalu po sklepie "Rolnik", to publiczność trzeba było prowadzić do wejścia od strony ul. Mickiewicza. - To były komiczne sytuacje, bo szliśmy przez miasto jak jakaś wycieczka - mówi. Orientowała się, że spędziła tu kawał swojego życia, gdy na przykład rozpoznawała twarze sprzed lat. - Wracały do nas czasem osoby, które kiedyś studiowały. Przychodziły już w wieku 50. lat, a ja ich pamiętam jeszcze jako dwudziestokilkulatków. 
Czasem próby dla kin studyjnych oraz ich pracowników było otwarcie pierwszego w Katowicach multipleksu. W 2002 roku na Załężu otwarto Punkt 44, a publiczność zwabiona nowością przestała odwiedzać stare sale kinowe. - Były pustki niesamowite. To było coś nowego, zderzenie. Coś innego niż to, do czego się przyzwyczailiśmy. Zawsze przychodziły do nas tłumy, a wtedy nagle się to skończyło - wspomina. Nawet wtedy Światowid miał grono wiernych kinomanów, ale sytuacja unormowała się dopiero po kilku latach. Ludzie zaczęli znowu doceniać to, że w małym kinie nie ma popcornu i można zobaczyć filmy, których nie pokazują na tych największych ekranach.

Ile obejrzała filmów przez te wszystkie lata? - Nie mam pojęcia, ale dużo - odpowiada. Zaliczała mniej więcej 2-3 seanse tygodniowo, ale nie tylko z miłości do kina. - Staraliśmy się oglądać po to, żeby opowiadając o filmach widzom, powiedzieć coś więcej, niż było napisane na ulotce - mówi. Ulubione tytuły pani Ireny to m.in. „Wszystko o mojej matce” i „Delicatessen”, ale najbardziej przepada za filmami dokumentalnymi. Czasami nawet jak film nie przypadł jej do gustu, to miała wyjątkowe towarzystwo podczas seansu. „Powrót” Andrieja Zwiagincewa oglądała razem z Ewą Kasprzyk. Widziała jak Krzysztof Zanussi wjechał do sali na koniu podczas premiery filmu „Cwał”. Ma zdjęcie z Johnem Malkovichem.
Od 1 stycznia widzowie nie spotkają już pani Ireny w Światowidzie. Chyba, że na widowni. Wygląda na to, że będzie zaglądała tu często. Już kilka dni po przejściu na emeryturę przyszła na seans z wnuczkiem. - Miałam taki odruch, że chciałam usiąść i zacząć sprzedawać bilety.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dziękujemy!! <3
Dziękujemy!! <3