Tę ostatnią od Turcji oddziela wąska cieśnina. Dlatego wielu uchodźców wyruszając na Morze Egejskie trafia właśnie tutaj. Jak to wygląda? Miałem okazję przekonać się na własne oczy. Urokliwa zatoka w miasteczku Kokkari. Na plaży kilkanaście osób. Polacy, Szwedzi, Niemcy, Brytyjczycy, Grecy. Wszyscy na wakacjach. Nagle w oddali na morzu pojawia się ciemny przedmiot. Po chwili słychać warkot silnika. Z każdą sekundą jest coraz głośniejszy. W końcu wszystko staje się jasne. Czarny przedmiot okazuje się pontonem, na którym siedzi kilkudziesięciu uchodźców. Trudno o większy kontrast. Grecka plaża i uciekinierzy z Syrii. Kobiety w strojach kąpielowych i takie, którym widać tylko twarz. Ucieczka z domu i wypoczynek nad morzem. Wielka niewiadoma co dalej i bezpieczny powrót za kilka dni.
Z pontonu na ląd schodzi około 30 osób. Są całe rodziny z małymi dzieci. Są samotni młodzi mężczyźni. Jest chłopak bez jednej nogi, który w dalszą drogę rusza o kulach. Są młode dziewczyny, z których jedna robi sobie smartfonem tzw. selfie. Kiedy uchodźcy dopływają do brzegu, od razu ktoś wymontowuje silnik i dziurawi ponton. Na plażach Samos i innych greckich wysp leżą setki takich sflaczałych pontonów. W każdym z nich lub w pobliżu po kilkadziesiąt kapoków i samochodowych dętek, które wykorzystywane są jako ewentualne koła ratunkowe. Obcokrajowcy mówią, że są z Syrii. Przypłynęli z Turcji, a droga zajęła im cztery godziny. Pierwsze pytanie jakie zadają, to czy są już w Grecji. Wszystko co ze sobą mają, to maksymalnie jeden plecak lub torba na osobę. Znajomy Polak powie mi później, że zrobił zdjęcia opuszczonych pontonów dla kolegów. - Żeby wiedzieli, że gdyby ktoś naprawdę nie musiał, to nie wsiadałby do czegoś takiego i ryzykował życie swoje i całej rodziny.
Zapytałem mężczyznę, który przypłynął z żoną i trójką małych dzieci dokąd chce dotrzeć. - Nie wiem, może Niemcy albo Holandia - odpowiedział Syryjczyk. O Polsce nie słyszał.
Uchodźcy poszli w głąb wyspy, ale nie wiem co się później z nimi stało. W ciągu kilku następnych dni już ich nie widziałem. Spotkałem za to innych. Suszyli swoje rzeczy na ogrodzeniu przy porcie w mieście Pitagorio na południu wyspy. W stolicy - Samos, zostawili po sobie leżące na kamiennej posadzce nabrzeża kartony, koce, buty i odchody. W wielu miejsca na brzegach Samos leżą charakterystyczne czerwone lub pomarańczowe kapoki.
Kiedy widzi się to wszystko na własne oczy, sprawy wyglądają trochę inaczej niż z perspektywy Polski. Małe dzieci płynące z rodzicami na przeładowanym pontonie - taki widok chwyta za serce. Podobnie jak wspomniany już mężczyzna o kulach, który na dodatek ląduje w wodzie i dalej idzie cały mokry. Być może ci ludzie naprawdę musieli uciekać. Z drugiej strony nie ma właściwie możliwości zweryfikowania tego co mówią. Czy musieli wyjechać, bo ich życie było zagrożone? Czy nie mogli zostać w Turcji? Dlaczego niemal wszyscy chcą jechać do Niemiec?
To zresztą tylko część pytań jakie nasuwają się w związku z napływem imigrantów. Dlaczego akurat teraz ruszyli całą falą? Dlaczego Unia nie potrafi ochronić swoich granic? Jak to jest możliwe, że kto tylko zechce, przypływa do Europy, a potem swobodnie po niej podróżuje (wyłączając zamkniętą granicę serbsko-węgierską czy ograniczenia w przepływie osób na innych granicach).
W tej sprawie nic nie jest jednoznaczne. Z jednej strony trudno odmówić pomocy tym, którzy w swoim kraju mogą zginąć. Z drugiej strony nie można wpuszczać do UE każdego, kto chce sobie poprawić swój los.
Dlatego, choć brzmi to banalnie, wszyscy ludzie, którzy mają trafić do ośrodków w Polsce, ale i innych krajach, powinni być dobrze sprawdzeni. Kim są, co robili w swoim kraju i jaki jest motyw ich przyjazdu do Europy. Oczywiście w wielu przypadkach ustalenie tego może być niemożliwe. Niemniej bez tego trudno będzie przekonać tych, którzy obawiają się napływu imigrantów, że to wcale nie koniec świata. Choć niewątpliwie, ryzyko islamizacji Europy z każdym dniem robi się coraz większe.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
" Z jednej strony trudno odmówić pomocy tym, którzy w swoim kraju mogą zginąć. Z drugiej strony nie można wpuszczać do UE każdego, kto chce sobie poprawić swój los." - skoro sprawdza Pan fakty, to warto sięgnąć do międzynarodowego prawa humanitarnego, które wyraźnie mówi o tym, komu ochrona międzynarodowa się należy, a komu nie. Przykładowo, jeśli ktoś ucieka z Syrii, gdzie od 11 lat trwa wojna, to zazwyczaj no niestety jego życie jest właśnie ZAGROŻONE. Procedura azylowa jest długotrwała i takie rzeczy są sprawdzane. Wystarczy przestrzegać prawa, to naprawdę nie jest dużo. ""Choć niewątpliwie, ryzyko islamizacji Europy z każdym dniem robi się coraz większe."" - tutaj również odsyłam do stosownego prawa. Nie mówi ono, że ochronę międzynarodową (azyl) mogą dostać tylko osoby bliskie kulturowo - nie ma takiego zapisu w międzynarodowych konwencjach. Po drugie, nie każdy uchodźca z Bliskiego Wschodu jest muzułmaninem. Po trzecie, wyznawanie przez kogoś swojej wiary nie prowadzi do islamizacji - to uproszczenie językowe zostało ukłute właśnie przez polityków prawicy, którzy zbijali na tym swój polityczny potencjał, najgłośniej zaczęło ono wybrzmiewać w 2015. Rozumiem, że tekst jest opinią, ale myślę, że dziennikarze powinni jednak weryfikować swoje uprzedzenia i nie używać języka uproszczonego. Nie jest Pan jedyną osobą, która "widziała uchodźców" i anegdoty o rodzinach w pontonach na plaży i odchodach (poważnie było to potrzebne?) mogą być kanwą opowieści na imprezie, ale nie poważnego felietonu w gazecie. Na koniec, życie nielegalnego migranta jest w Europie naprawdę beznadziejne, osoba taka może być deportowana natychmiast w klapkach sprzed domu. Więc żaden z "nielegalnych migrantów" nie ma szans na tak zwany mityczny socjal, jedynie, przez bardzo krotki czas, osoba, która azyl dostanie. Polecam zasięgnąć opinii organizacji, które pracują w temacie migracji i pogłębić wiedzę, jest ona dostępna za darmo i na prawdę nie trzeba długo szukać. Pozdrawiam.
Gdyby wypłynęli we Władysławowie, nie musieliby sami dziurawić pontonu.
" Z jednej strony trudno odmówić pomocy tym, którzy w swoim kraju mogą zginąć. Z drugiej strony nie można wpuszczać do UE każdego, kto chce sobie poprawić swój los." - skoro sprawdza Pan fakty, to warto sięgnąć do międzynarodowego prawa humanitarnego, które wyraźnie mówi o tym, komu ochrona międzynarodowa się należy, a komu nie. Przykładowo, jeśli ktoś ucieka z Syrii, gdzie od 11 lat trwa wojna, to zazwyczaj no niestety jego życie jest właśnie ZAGROŻONE. Procedura azylowa jest długotrwała i takie rzeczy są sprawdzane. Wystarczy przestrzegać prawa, to naprawdę nie jest dużo. ""Choć niewątpliwie, ryzyko islamizacji Europy z każdym dniem robi się coraz większe."" - tutaj również odsyłam do stosownego prawa. Nie mówi ono, że ochronę międzynarodową (azyl) mogą dostać tylko osoby bliskie kulturowo - nie ma takiego zapisu w międzynarodowych konwencjach. Po drugie, nie każdy uchodźca z Bliskiego Wschodu jest muzułmaninem. Po trzecie, wyznawanie przez kogoś swojej wiary nie prowadzi do islamizacji - to uproszczenie językowe zostało ukłute właśnie przez polityków prawicy, którzy zbijali na tym swój polityczny potencjał, najgłośniej zaczęło ono wybrzmiewać w 2015. Rozumiem, że tekst jest opinią, ale myślę, że dziennikarze powinni jednak weryfikować swoje uprzedzenia i nie używać języka uproszczonego. Nie jest Pan jedyną osobą, która "widziała uchodźców" i anegdoty o rodzinach w pontonach na plaży i odchodach (poważnie było to potrzebne?) mogą być kanwą opowieści na imprezie, ale nie poważnego felietonu w gazecie. Na koniec, życie nielegalnego migranta jest w Europie naprawdę beznadziejne, osoba taka może być deportowana natychmiast w klapkach sprzed domu. Więc żaden z "nielegalnych migrantów" nie ma szans na tak zwany mityczny socjal, jedynie, przez bardzo krotki czas, osoba, która azyl dostanie. Polecam zasięgnąć opinii organizacji, które pracują w temacie migracji i pogłębić wiedzę, jest ona dostępna za darmo i na prawdę nie trzeba długo szukać. Pozdrawiam.
Gdyby wypłynęli we Władysławowie, nie musieliby sami dziurawić pontonu.