Na terenie całych Katowic powinna obowiązywać nocna prohibicja. Nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby tak nie było. Co więcej, w tej sprawie nie powinny się odbywać konsultacje z mieszkańcami. Po prostu są sprawy, które władza musi wprowadzić sama i zakaz nocnej sprzedaży alkoholu właśnie do nich należy.
Za sprawą kompromitacji Platformy Obywatelskiej w Warszawie, której radni kilka tygodni temu doprowadzili do wycofania prezydenckiego projektu uchwały o wprowadzeniu nocnej sprzedaży alkoholu na terenie całej stolicy, dyskusja o prohibicji objęła całą Polskę. I bardzo dobrze. Jako kraj, w którym na każdym rogu i o każdej porze można kupić wódkę, powinniśmy robić wszystko, żeby ograniczyć skutki jej spożywania.
O co w ogóle chodzi w nocnej prohibicji? Po pierwsze i najważniejsze, to zakaz sprzedaży alkoholu w określonych godzinach w sklepach, placówkach handlowych i stacjach benzynowych. Nie dotyczy on lokali gastronomicznych, pubów czy klubów. To bardzo ważne rozróżnienie.
Po drugie, nocna prohibicja nie wpływa i nie wpływie na znaczące ograniczenie spożycia alkoholu na terenie danego miasta czy w całej Polsce. Nie o to w tym chodzi. To o co chodzi? Przede wszystkim o komfort i bezpieczeństwo mieszkańców, którzy akurat nie mają potrzeby urządzania sobie wycieczek do nocnego po alkohol, ale mają pecha mieszkać w pobliżu takiego nocnego.
Taka decyzja nie ma słabych punktów, a bajdurzenie o ograniczeniu wolności człowieka, to... no właśnie bajdurzenie.
Co jest ważniejsze, spokojny sen ludzi, którzy mieszkają nad, obok czy przy nocnym sklepie, czy możliwość zakupu w nocy wódki, wina czy piwa przez kogoś, kto akurat poczuł potrzebę, żeby o północy albo jeszcze później dostarczyć organizmowi trochę procentów?
Zakaz nocnej sprzedaży alkoholu to też większe bezpieczeństwo. Nie wszyscy po spożyciu potrafią się zachować na ulicy. Przeciwnie, wielu ludziom po wódce włącza się agresor. Po co mają spacerować pijani w środku nocy szukając okazji do zaczepki?
Oczywiście, nocna prohibicja całkowicie nie wyeliminuje tego zjawiska, ale może je znacząco ograniczyć. Choćby ze względów czysto ekonomicznych. Żeby doprowadzić się do stanu upojenia alkoholowego kupując alkohol w sklepie, trzeba na to wydać znacznie mniej pieniędzy niż chcąc osiągnąć to samo, kupując drinki w klubie czy pubie. Czysta ekonomia i pragmatyczna kalkulacja.
Przecież całe grupy imprezowiczów idące najpierw do Żabki czy innej Biedronki, a dopiero potem do klubu, nie robią tego dlatego, że chcą zwiedzić Katowice. Po wprowadzeniu nocnej prohibicji nadal będą chodzić, ale już tylko do godz. 22. Mniej pijanych na ulicy, większe bezpieczeństwo. Również dla nich samych, bo to właśnie osoby po spożyciu alkoholu padają często ofiarami rozbojów czy kradzieży.
Na marginesie, tak naprawdę problem byłby mniejszy, gdyby każdy sprzedawca czy właściciel klubu przestrzegał ustalonego przez siebie regulaminu i nie sprzedawał alkoholu osobom nietrzeźwym. Ale cóż, zyski są ważniejsze niż prawo, więc wódkę albo piwo kupuje kto i kiedy chce.
W Katowicach zakaz nocnej sprzedaży alkoholu obowiązuje na razie w sześciu dzielnicach: Śródmieściu, Szopienicach-Burowcu, Załężu, Dąbrówce Małej, Bogucicach i Koszutce. Poza tą ostatnią, większość uchodzi za dzielnice z większymi lub mniejszymi problemami społecznymi. Nieprzypadkowo prohibicja została wprowadzona właśnie tam. Nie chcieli jej za to mieszkańcy os. Tysiąclecia czy Giszowca. Natomiast akurat w tej sprawie prezydent nie powinien organizować już jakichkolwiek konsultacji. Są sprawy, które są oczywiste i ta się do nich zalicza.
Kraków, Wrocław, Bydgoszcz, niedługo, mimo wszystko, Warszawa. Kto wie, czy zakaz nocnej sprzedaży alkoholu nie zostanie wprowadzony ustawowo na terenie całej Polski. Ale po co czekać, kiedy nie ma na co. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w Katowicach zakaz zaczął obowiązywać na terenie wszystkich dzielnic. To jeden prosty projekt uchwały. A że spadną obroty w kilku nocnych sklepach, które zapewne przestaną być nocnymi, trudno. To dość niska cena za większy spokój i bezpieczeństwo tych mieszkańców, którym w środku nocy alkohol do szczęścia nie jest potrzebny.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Liczba lumpów i meneli w Katowicach jest szokująca dla osób, które mieszkają w miastach ościennych. Każda wizyta w centrum to jest dla mnie szok, zwłaszcza okolice Supersamu, gdzie na dodatek dokarmiają "bezdomnych", czytaj: bandę nawalonych dziadów i cwaniaków z centrum. Fajnie, że blisko przystankow, bo zjeżdżają tutaj z osiedli i innych miast. Masakra
a może być tak zająć sie przyczyną a nie skutkiem problemu? Mi się zdarza wypić 2 piwka raz na jakiś czas, ale nie drę mordy w parku, nie jestem agresywny - wręcz przeciwnie staję się bardziej otwarty i przyjacielski. Alkohol wyrzuca na wierzch to, co w człowieku siedzi. Uważam, że każdy powinienem przechodzić co jakiś czas terapię, to powinno być finansowane, żebyśmy jako społeczeństwo pozbyli się skutków przykrych doświadczeń z dzieciństwa. I po jakimś czasie ludzie będą mniej sięgać po używki, a na pewno znikną patologiczne zachowania. Zakaz alkoholu, to walka ze skutkiem problemu, który nadal pozostanie.
Od kilkudziesięciu lat jest tylko mowa o edukacji i profilaktyce, a de facto się nie zmienia. Edukowanie jest oczywiście ważne, ale ile można się jeszcze łudzić, że to wystarczy. W Polsce mamy średnio 1 punkt sprzedaży alkoholu na 300 mieszkańców. W dodatku łatwiej jest się upić, niż zjeść pożywne i zdrowe śniadanie. No absurdy. Zresztą nie to jest celem tego nocnego zakazu. Zakaz palenia w miejscach publicznych też nie miał na celu zmniejszenia liczby palaczy, a rozwiązanie jest świetne.
Wystarczy zadzwonić na policję i powiedzieć że staruszkowie siedzą i piją piwo. Do 30 minut będzie policja. A zadzwoń że pijana grupa 4-5 osób jest agresywna i zaszczepia przechodniów to przyjadą za 3h.
Słusznie: co jak co, ale zaszczepianie ludzi powinno być karane natychmiast i z całą surowością. Tak przynajmniej twierdzą foliarze i płaskoziemcy.
Pełna zgoda, a jeszcze bym dodał całkowity zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych, a nie tylko w godzinach nocnych. Swoją drogą, ciekawym jest dla mnie, że w Polsce najgłośniej krzyczy się o braku wolności, jak ogranicza się dostęp do narkotyków, broni albo zakazuje jeżdżenia 100 km/h w terenie zabudowanym. Kiedy ograniczana jest wolność np. do wyboru środka transportu (bo infrastruktura jest tworzona pod samochody), czy ograniczana wolność do wyboru miejsca zamieszkania (bo "rentierzy" w setkach skupują z rynku nieruchomości), to nagle są głosy, że to przecież normalność. Osoby te zapominają, że wolność idzie w parze z odpowiedzialnością - również za dobro wspólne. Gdybyśmy jeszcze nie mieli np. przepisów o ciszy nocnej, to już widzę te protesty, że to zamach na wolność.
Fragment: "Co jest ważniejsze, spokojny sen ludzi, którzy mieszkają nad, obok czy przy nocnym sklepie, czy możliwość zakupu w nocy wódki, wina czy piwa przez kogoś, kto akurat poczuł potrzebę, żeby o północy albo jeszcze później dostarczyć organizmowi trochę procentów?" można by sparafrazować w taki sposób: "Co jest ważniejsze, spokojny sen ludzi, którzy mieszkają w pobliżu lokalu lub miejsca, w którym urządza głośne imprezy zakłócające lub uniemożliwiające wypoczynek, czy możliwość beztroskiej zabawy ich uczestników, którzy w nocy raczą się wódką, winem czy piwem, bo ktoś akurat poczuł potrzebę, żeby o północy albo jeszcze później dostarczyć organizmowi trochę atrakcji?". To co, robimy ankietę i w tej sprawie?
Niezłe kopium, alkusie.
Poraża niska jakość argumentacji Pana Redaktora, osoby która powinna włożyć trochę więcej wysiłku w przekonanie czytelników do swojej racji, jako osoba będąca przedstawicielem czwartej władzy, mediów, czyli istotnego komponentu systemu demokratycznego. Abstrahując od słuszności prohibicji, posłużenie się argumentem, że Prezydent nie powinien słuchać się mieszkańców, tylko decydować za nich, bo tak jest właściwie, kompromituje moim zdaniem dziennikarza, który zamiast podwyższać poziom debaty publicznej, obniża go. Sens takiego stwierdzenia jest w zasadzie niezwykle okrutny. Otóż nie ma co pytać tłuszczy o zdanie, lepiej my oświeceni zdecydujemy za hołotę. Pan Redaktor nie dostrzega w tym braku logiki - dzicz ma zdolność do wyboru sterujących Państwem, ale nie ma zdolności do tego czy decydować o kupnie gorzałki po 22. Gmin wybiera Prezydenta, który świadomie może się postawić nad wyborcami, kontestując tym źródło swojej władzy, czyli wolę tych wyborców. Zachęcam jednak Pana Redaktora do pochylenia się nad takimi dziełami jak np. Konstytucja Wolności albo Droga do zniewolenia Von Hayeka. Generalny wniosek jest taki, że jeżeli ktoś deklaruje działanie dla czyjegoś dobra, wbrew danej osobie, to należy się od takich osób trzymać z daleka i minimalizować ich wpływa na rzeczywistość. Jestem przekonany, że Pan Redaktor klasyfikuje się jako zażarty demokrata. Pisząc taki "artykuł" jednocześnie dopuszcza autorytaryzm jako metodę sprawowania władzy. Z góry uznaje jakąś rację za przesądzoną, nie ma znaczenia opinia większości gospodarzy danej dzielnicy co myślą, bo Pan Redaktor wie, że nie mają racji. Dulszczyzna dziennikarstwa. Podobny poziom Pan Redaktor przedstawia przy tematyce np. miejsc postojowych. Podsumowując, nie życzę nikomu, w tym Pan Redaktorowi aby jakiś "autorytet" stwierdził, że zdanie Pana Redaktora jest tak nieistotne, że nie wymaga wysłuchania, gdyż Pan Redaktor stojąc na swoim stanowisku wyrządza sobie krzywdę i tym samym należy zdecydować za niego, dla jego dobra oczywiście. P.S. Apeluję, w debacie publicznej wymagajmy więcej przede wszystkim od siebie, pozwoli nam to wymagać więcej od innych.
Są sprawy, w których ludzi o zdanie się nie pyta, bo obiektywne fakty lub badania zupełnie wystarczą. Oczywiście, można się spierać czy dzieci powinno się szczepić, ale jednak państwo uznało, że każdy musi przejść przez katalog szczepień obowiązkowych. To zapewne też łamanie zasad demokracji, bo przecież to rodzice powinni decydować, jak np. przy edukacji zdrowotnej, prawda? Resumując, są sprawy, w których o zdanie pytać nie trzeba, a decyzję muszą podjąć ci, których ludzie wybrali.
"Wódko pozwól żyć!"
Bardzo dobra odpowiedź, ale zginie na puszczy....
Panie Damianie, możny by przeformułować Pana zdanie i owszem "poraża", ale brak u Pana refleksji i szerszego zrozumienia sprawy, o której Pan napisał. Co jeśli pytalibyśmy o wszystko, zwłaszcza w naszym kraju, w którym część osób nie dorosła do demokracji i nie można ich winić za to, bo przykład dają sami politycy. Myślę, że nie trudno wyobrazić sobie efekt zapytania ludzi, czy chcą płacić podatki albo konsultacje społeczne w tej sprawie. Oczywiście, że jakaś część, być może nawet większość zgłosiłaby się, że absolutnie nie chcą ich płacić. Ale oczywiście te same osoby chętnie korzystałby z wielu usług publicznych za darmo, no bo to "ktoś" płaci. Przykłady można by mnożyć. Jeśli mamy dane już z innych polskich miast oraz ich dzielnic, że wprowadzenie nocnej prohibicji spowodowało spadek wykroczeń i interwencji policji czasem o nawet ponad 20%, to jaki jest sens pytania ludzi, którzy mogą tych danych nie znać albo "wiedzieć lepiej". Jaki jest sens, skoro wprowadzenie takiego zakazu daje same korzyści dla normalnych obywateli? Owszem, alkoholik może narzekać, ale może pora zacząć się leczyć?
Powinniśmy zapytać ludzi, czy powinni móc robić co chcą bez konsekwencji. To ma ogromny sens xD
Skoro są tak rozbieżne zdania co do wprowadzenia prohibicji w mieście, zróbmy referendum przy jakichś najbliższych wyborach i po krzyku.
Ostatnio także w Dąbrowie Górniczej w tej kwestii były DEMOKRATYCZNE konsultacje społeczne, ale widzę, że autor tekstu jest za tym, żeby mieszkańcy nie mogli się wypowiadać o rzeczach ich dotyczących. Dziwne, bo sam narzeka na władze, że same podejmują decyzję o wydatkach na klub piłkarski. W ogóle to sklep nocny, w którym m.in. można kupić produkty z procentami, w wielu dzielnicach jest ważnym punktem, gdzie mieszkańcy w porze letniej mogą się spotkać, porozmawiać, a także wzajemnie poznać. Nie wszyscy kupują alkohol w nocy, żeby później robić to co jest opisane w artykule
Nocny sklep miejscem, gdzie mieszkańcy mogą się spotkać, poznać i porozmawiać? Hahahahaha…
I nie będą się mogli spotkać? Nadal mogą się spotkać, po prostu nie będą mogli kupić alkoholu. Jak Pana to tak boli, to może pora udać się na odwyk?
O Jezu tego jeszcze nie było, nocna prohibicja jako niszczenie lokalnej społeczności... chyba społeczności meneli... pozdrawiam mimo wszystko bo się uśmiałem
Wódkę pije się na Śląsku w Polsce jabole
Liczba lumpów i meneli w Katowicach jest szokująca dla osób, które mieszkają w miastach ościennych. Każda wizyta w centrum to jest dla mnie szok, zwłaszcza okolice Supersamu, gdzie na dodatek dokarmiają "bezdomnych", czytaj: bandę nawalonych dziadów i cwaniaków z centrum. Fajnie, że blisko przystankow, bo zjeżdżają tutaj z osiedli i innych miast. Masakra
a może być tak zająć sie przyczyną a nie skutkiem problemu? Mi się zdarza wypić 2 piwka raz na jakiś czas, ale nie drę mordy w parku, nie jestem agresywny - wręcz przeciwnie staję się bardziej otwarty i przyjacielski. Alkohol wyrzuca na wierzch to, co w człowieku siedzi. Uważam, że każdy powinienem przechodzić co jakiś czas terapię, to powinno być finansowane, żebyśmy jako społeczeństwo pozbyli się skutków przykrych doświadczeń z dzieciństwa. I po jakimś czasie ludzie będą mniej sięgać po używki, a na pewno znikną patologiczne zachowania. Zakaz alkoholu, to walka ze skutkiem problemu, który nadal pozostanie.
Od kilkudziesięciu lat jest tylko mowa o edukacji i profilaktyce, a de facto się nie zmienia. Edukowanie jest oczywiście ważne, ale ile można się jeszcze łudzić, że to wystarczy. W Polsce mamy średnio 1 punkt sprzedaży alkoholu na 300 mieszkańców. W dodatku łatwiej jest się upić, niż zjeść pożywne i zdrowe śniadanie. No absurdy. Zresztą nie to jest celem tego nocnego zakazu. Zakaz palenia w miejscach publicznych też nie miał na celu zmniejszenia liczby palaczy, a rozwiązanie jest świetne.