W szkole Mariusz Grochowski nie miał sobie równych. Był bardzo silny. Szybko jednak zrozumiał, że siła, to nie wszystko. - Siłowałem się z kolegą. Pokonałem go dwa razy, ale on nie chciał się z tym pogodzić. Za trzecim szarpnąłem i prawa ręka złamała mi się w stawie łokciowym. To była 7 albo 8 klasa szkoły podstawowej. Pamiętam, że niedziela, bo w poniedziałek nie poszedłem do szkoły - wspomina. Przez półtora miesiąca chodził w gipsie, przez półtora roku nie mógł wyprostować ręki. Szukał rehabilitacji. Udało się, wrócił do treningów.
Pierwsze zawody - w Rogoźniku, zorganizowane przez Hutę Katowice. Ma dopiero 17 lat, ale w trakcie turnieju szybko okazuje się, że jest jednym z kandydatów do podium. Zaciętej walki o pierwsze trzy miejsca nie udaje się rozstrzygnąć. - W końcu stanąłem na podium razem z dwoma innymi, bardzo potężnymi facetami - mówi.
Potem były knajpy w Sosnowcu, skąd pochodzi. Siłował się przy barowych stolikach o jedno, dwa piwa. Po jakimś czasie zaczęli przyjeżdżać ludzie z innych miast, którzy chcieli się z nim spróbować. Zawsze wygrywał. Więcej jednak o tym okresie mówić nie chce. - Teraz to poważna dyscyplina sportowa. Są zasady, działa polska federacja armwrestlingowa.

Kiedy ma 18-19 lat zaczyna poznawać profesjonalistów. Jest zaskoczony, kiedy okazuje się, że podczas pojedynku można wykorzystać aż 50 technik.
Pierwsze oficjalne zawody, w których bierze udział, odbywają się w Hali Ludowej we Wrocławiu w 2002 roku. Zajmuje drugie miejsce. Równie ważny, ale z nieco innego powodu, jest turniej "Granice Mocy" w Jaworznie dwa lata później. Grochowski dostrzega po nim szansę na realizację swojego marzenia o klubie. Rozmawia z władzami Jaworzna, które w końcu udostępniają mu lokal. Początki nie są łatwe. Z rodzinnego Sosnowca musi dowozić autobusami ważący 40 kg stół do armwrestlingu. Robi się łatwiej, kiedy zdaje egzamin na prawo jazdy.

W ubiegłym roku Grochowski stanął przed dylematem. 3-zmianowy system w Fabryce Łożysk Tocznych w Sosnowcu, gdzie pracuje, sprawia, że nie daje rady. Ma mało czasu, jest zmęczony, sytuacja robi się nerwowa. Zastanawia się, czy zrezygnować z pracy, czy ze sportu. Pomaga psycholog i wyjazd w Himalaje. Tam, u podnóża Mount Everestu, podejmuje decyzję. -Widzę, że w tej dyscyplinie jest jeszcze sporo do zrobienia. Chcę ją promować, sam też ciągle się rozwijam. Wierzę w sukces. - mówi. Za kilka miesięcy jedzie na mistrzostwa świata w armwrestlingu do Budapesztu. Liczy na sukces
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze