Reklama

Oni uciekają przed wojną, ale przed nimi też nie da się już uciec. Uchodźcy w Europie

Grzegorz Żądło
W sprawie uchodźców przybywających do Europy mało jest wiarygodnych faktów. Są za to emocje, dużo ksenofobii z jednej, ale i nadmiernej otwartości z drugiej strony. Jest dyskusja: przyjąć, nie przyjąć. Zwłaszcza w Polsce wygląda to groteskowo. Bo nikt nie ma zamiaru do nas przyjeżdżać, a tych, którzy trafią do nas za sprawą unijnego „podziału”, będzie niewielu. Ale żeby to wiedzieć, trzeba trochę poczytać. Jeszcze lepiej byłoby porozmawiać z ludźmi, którzy uciekają przez morze, żeby tylko dostać się do Europy. Najczęściej na greckie wyspy, takie jak Kos, Lesbos czy Samos.

Tę ostatnią od Turcji oddziela wąska cieśnina. Dlatego wielu uchodźców wyruszając na Morze Egejskie trafia właśnie tutaj. Jak to wygląda? Miałem okazję przekonać się na własne oczy. Urokliwa zatoka w miasteczku Kokkari. Na plaży kilkanaście osób. Polacy, Szwedzi, Niemcy, Brytyjczycy, Grecy. Wszyscy na wakacjach. Nagle w oddali na morzu pojawia się ciemny przedmiot. Po chwili słychać warkot silnika. Z każdą sekundą jest coraz głośniejszy. W końcu wszystko staje się jasne. Czarny przedmiot okazuje się pontonem, na którym siedzi kilkudziesięciu uchodźców. Trudno o większy kontrast. Grecka plaża i uciekinierzy z Syrii. Kobiety w strojach kąpielowych i takie, którym widać tylko twarz. Ucieczka z domu i wypoczynek nad morzem. Wielka niewiadoma co dalej i bezpieczny powrót za kilka dni.

Z pontonu na ląd schodzi około 30 osób. Są całe rodziny z małymi dzieci. Są samotni młodzi mężczyźni. Jest chłopak bez jednej nogi, który w dalszą drogę rusza o kulach. Są młode dziewczyny, z których jedna robi sobie smartfonem tzw. selfie. Kiedy uchodźcy dopływają do brzegu, od razu ktoś wymontowuje silnik i dziurawi ponton. Na plażach Samos i innych greckich wysp leżą setki takich sflaczałych pontonów. W każdym z nich lub w pobliżu po kilkadziesiąt kapoków i samochodowych dętek, które wykorzystywane są jako ewentualne koła ratunkowe. Obcokrajowcy mówią, że są z Syrii. Przypłynęli z Turcji, a droga zajęła im cztery godziny. Pierwsze pytanie jakie zadają, to czy są już w Grecji. Wszystko co ze sobą mają, to maksymalnie jeden plecak lub torba na osobę. Znajomy Polak powie mi później, że zrobił zdjęcia opuszczonych pontonów dla kolegów. – Żeby wiedzieli, że gdyby ktoś naprawdę nie musiał, to nie wsiadałby do czegoś takiego i ryzykował życie swoje i całej rodziny.

Zapytałem mężczyznę, który przypłynął z żoną i trójką małych dzieci dokąd chce dotrzeć. – Nie wiem, może Niemcy albo Holandia – odpowiedział Syryjczyk. O Polsce nie słyszał.

Uchodźcy poszli w głąb wyspy, ale nie wiem co się później z nimi stało. W ciągu kilku następnych dni już ich nie widziałem. Spotkałem za to innych. Suszyli swoje rzeczy na ogrodzeniu przy porcie w mieście Pitagorio na południu wyspy. W stolicy – Samos, zostawili po sobie leżące na kamiennej posadzce nabrzeża kartony, koce, buty i odchody. W wielu miejsca na brzegach Samos leżą charakterystyczne czerwone lub pomarańczowe kapoki.

Kiedy widzi się to wszystko na własne oczy, sprawy wyglądają trochę inaczej niż z perspektywy Polski. Małe dzieci płynące z rodzicami na przeładowanym pontonie – taki widok chwyta za serce. Podobnie jak wspomniany już mężczyzna o kulach, który na dodatek ląduje w wodzie i dalej idzie cały mokry. Być może ci ludzie naprawdę musieli uciekać. Z drugiej strony nie ma właściwie możliwości zweryfikowania tego co mówią. Czy musieli wyjechać, bo ich życie było zagrożone? Czy nie mogli zostać w Turcji? Dlaczego niemal wszyscy chcą jechać do Niemiec?

To zresztą tylko część pytań jakie nasuwają się w związku z napływem imigrantów. Dlaczego akurat teraz ruszyli całą falą? Dlaczego Unia nie potrafi ochronić swoich granic? Jak to jest możliwe, że kto tylko zechce, przypływa do Europy,  a potem swobodnie po niej podróżuje (wyłączając zamkniętą granicę serbsko-węgierską czy ograniczenia w przepływie osób na innych granicach).

W tej sprawie nic nie jest jednoznaczne. Z jednej strony trudno odmówić pomocy tym, którzy w swoim kraju mogą zginąć. Z drugiej strony nie można wpuszczać do UE każdego, kto chce sobie poprawić swój los.

Dlatego, choć brzmi to banalnie, wszyscy ludzie, którzy mają trafić do ośrodków w Polsce, ale i innych krajach, powinni być dobrze sprawdzeni. Kim są, co robili w swoim kraju i jaki jest motyw ich przyjazdu do Europy. Oczywiście w wielu przypadkach ustalenie tego może być niemożliwe. Niemniej bez tego trudno będzie przekonać tych, którzy obawiają się napływu imigrantów, że to wcale nie koniec świata. Choć niewątpliwie, ryzyko islamizacji Europy z każdym dniem robi się coraz większe.

Share and Enjoy !

0Shares
0 0

Tagi:

Komentarze

  1. KOSZUTKA.EU 27 września, 2015 at 6:57 pm - Reply

    Gdyby wypłynęli we Władysławowie, nie musieliby sami dziurawić pontonu.

Dodaj komentarz

*
*