Reklama

Zakup służbowego samochodu dla urzędu miasta to w Katowicach problem. Dla wszystkich

Marcin Krupa i Jarosław Makowski. Zdjęcie archiwalne.

Grzegorz Żądło
Na czwartkowej sesji rady miasta jednym z najdłużej dyskutowanych projektów uchwał były zmiany w budżecie miasta i kwota 630 tys. zł, która ma być przeznaczona na zakup dwóch samochodów dla urzędu miasta, w tym jednego elektrycznego. Przez kilkadziesiąt minut byliśmy świadkami festiwalu hipokryzji. Można było odnieść wrażenie, że kupno elektrycznego samochodu dla urzędu niemalże rozwiąże problem zanieczyszczenia powietrza w mieście. Z kolei opozycja próbowała przekonywać, że najlepiej jakby prezydent jeździł autobusem albo tramwajem.

Już przed sesją było wiadomo, że zakup samochodów dla urzędu wzbudzi kontrowersje. Dlaczego? Bo zakupy samochodów dla urzędów zawsze wzbudzają kontrowersje. Tak już w Polsce jest. Tzw. zwykli ludzie biorą kredyty, leasingi albo pożyczki i kupują sobie coraz lepsze i droższe samochody. Ale jeśli przyzwoity samochód ma sobie kupić prezydent miasta to już zupełnie inna sprawa. W końcu ja kupuję za swoje, a on za moje. Wiadomo więc było, że opozycja zaatakuje, ale trudno było oczekiwać, że prezydent się nie obroni. W końcu w wymianie floty samochodowej w żadnej firmie, również w urzędzie miasta, nie ma nic złego. To chyba oczywiste, że raz na kilka lat (samochody, którymi jeżdżą prezydent i wiceprezydenci Katowic to kilkuletnie skody superb) można wymienić jedno czy dwa auta. Kilkaset tysięcy przejechanych kilometrów, nawet przy regularnym serwisie, swoje robi. Skoro to takie oczywiste, to dlaczego budzi tak duże emocje?

Po pierwsze, kwota. 630 tys. zł na zakup dwóch aut, w tym jednego elektrycznego, to całkiem duża suma. Na dodatek, broniący tej sprawy wiceprezydent Mariusz Skiba nie potrafił jednoznacznie stwierdzić czy ma to być jeden czy dwa samochody, mimo że w projekcie uchwały wyraźnie była mowa o dwóch. Patrząc na taką sumę wszystkim od razu przychodzi na myśl Tesla, czyli najbardziej znany, a zarazem chyba najdroższy „elektryk”. Czy Katowicom potrzebna jest akurat ta marka? Nie wiem, nie znam się na samochodach elektrycznych.

Po drugie, uzasadnienie dla zakupu samochodu elektrycznego. Wiceprezydent Skiba naprawdę nie musiał strzelać z armaty do wróbla i mówić, że kupując kolejnego elektryka (jeden już w UM jest) Katowice będą realizować nie tylko polityki krajowe (np. ustawę o elektromobilności), ale nawet ogólnoświatowe. Nie musiał roztaczać wizji Katowic, jako „twarzy polskiego samorządu”. Przekonywanie, że dajemy dobry przykład, jesteśmy innowacyjni, eko i te sprawy brzmi ciekawie, ale jest zupełnie zbędne. Mnie wystarczy prosty komunikat: musimy wymienić jeden albo dwa samochody, bo obecne są już wyeksploatowane, wiemy że dobre samochody elektryczne z dużym zasięgiem (a takiego pewnie potrzebuje prezydent) kosztują tyle i tyle i że np. nowe auto będzie wykorzystywane nie tylko przez prezydenta, ale też przez jego zastępców i naczelników. W sumie najsensowniej brzmiał prezydent Marcin Krupa (a samochodów próbował bronić jeszcze wiceprezydent Bogumił Sobula), który stwierdził, że chciałby, aby wszystkie samochody we flocie urzędu były elektryczne, ale Katowic nie stać na wymianę aut w takiej skali. A w ogóle to w budżecie miasta na 2019 rok nastąpiło przeoczenie, bo już w tym dokumencie powinny się znaleźć pieniądze na kupno nowych aut i teraz nie trzeba by było zmieniać budżetu.

O ile strona prezydencka nie potrafiła przekonująco wyjaśnić po co tak duża kwota zarezerwowana na nowe samochody, o tyle opozycja nie potrafiła ukryć, że wygłaszane przez prezydentów tłumaczenia są jej na rękę. Stąd pytania czy nie lepiej wziąć w leasing albo najem długoterminowy. A może kupić hybrydę. A tak w ogóle, to dobrze by było, żeby prezydent korzystał z komunikacji miejskiej i pociągów, jak to się dzieje w przypadku niektórych polityków na zachodzie i północy Europy. Słysząc taką argumentację, od razu przypomina mi się niejaki Alex Kopia, czyli tzw. oficer rowerowy w urzędzie marszałkowskim, który kilka lat temu przyjechał z Katowic na konferencję do Rudy Śląskiej rowerem, ale wrócił już służbowym volkswagenem marszałka z rowerem w bagażniku.

Nie bądźmy hipokrytami. To że do dyspozycji prezydenta dużego miasta musi być samochód, to oczywiste. Osobiście uważam, że do i z pracy każdy prezydent, marszałek czy burmistrz mógłby przyjeżdżać na własną rękę (choć są sytuacje szczególne, jak bardzo wczesne wyjazdy czy późne powroty), ale w czasie pełnienia obowiązków służbowych bez samochodu funkcjonowanie byłoby niemożliwe. Za dużo spotkań i wyjazdów.

Otwarte pozostaje pytanie jaki samochód czy samochody i za jaką cenę mają kupić Katowice. Bardzo jestem ciekaw specyfikacji przetargowej, która niedługo powinna się pojawić na stronie urzędu miasta. Jak już się pojawi, niech opozycja merytorycznie pyta, a urząd miasta merytorycznie odpowiada. Na chłodno, bez emocji. Przecież może za kilka lat to ktoś z dzisiejszej opozycji będzie korzystał z tych elektrycznych aut?

Podziel się informacją:


Tagi:

Komentarze

  1. Jan Mhm Kwiecień 4, 2019 at 11:45 am - Reply

    ja mhm

Dodaj komentarz

*
*